To nie walka o rekordy. To pasja.

Agnieszka Twaróg-Kanus i Jacek Adamczyk
Agnieszka Twaróg-Kanus i Jacek Adamczyk

Panie Rektorze, jak to było w 2006 roku być najmłodszym doktorem nauk humanistycznych w Polsce?

Inspirująco i motywująco. Był to dla mnie wielki powód do dumy, ale też czynnik, który niesamowicie mobilizował. Czułem presję i zazdrość starszych kolegów, którzy czasem między wierszami sugerowali doktorat „na skróty”, bo jak to tak szybko? Bez kolejnych szczebli drabinki akademickiej? Chciałem więc udowodnić światu, że zasłużyłem na stopień naukowy, mimo że miałem niewiele ponad 20 lat. I to powodowało, że wchodziłem w bardzo ambitne projekty naukowe, prowadziłem badania w USA czy w Irlandii, jeździłem na zagraniczne konferencje, publikowałem w prestiżowych czasopismach. Pamiętam jaki szok przeżyłem na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, gdy świeżo po doktoracie w katalogu biblioteki znalazłem jedną ze swoich książek. Tymi sukcesami i działaniami potwierdzałem, że nikt mi doktoratu nie dał za ładny uśmiech, ale jest to efekt moich naukowych kompetencji, które docenia też świat nauki. Z perspektywy czasu widzę, że dzięki temu rozwinąłem skrzydła.

Uzyskanie stopnia doktora krótko po 20-stce było też trochę kwestią szczęścia?

W jakimś sensie na pewno. Udało mi się skończyć studia w ramach indywidualnego toku i zrealizować ostatnie dwa lata w rok. Gdy kończyłem politologię i dziennikarstwo, znaczną część pracy doktorskiej miałem już gotową. Jeszcze jako student pracowałem w charakterze dziennikarza w „Wiadomościach Zagłębia”. Kiedyś podczas dyżuru redakcyjnego pojawiła się u mnie Pani Maria Ćwierk, synowa legendarnego, zagłębiowskiego pisarza, publicysty i dziennikarza okresu międzywojennego Konstantego Ćwierka, która zgromadziła gigantyczne archiwum swojego teścia. Zainteresowało mnie to i zacząłem rodzinne archiwum Ćwierków skrupulatnie badać. Moje badania okazały się pionierskie, gdyż nikt przede mną tego nie wertował, nikt szerzej nie pisał o Konstantym Ćwierku. Dzięki tym badaniom okazało się, że gdy skończyłem studia, miałem praktycznie 90% materiału na doktorat. Pamiętam, że zamknąłem się na miesiąc w domku na wsi i od rana do wieczora, przez 30 dni, pisałem. Ta praca zaowocowała pozycją najmłodszego doktora nauk humanistycznych w Polsce.

Od początku studiów widział Pan siebie jako praco-wnika naukowego, wykładowcę?

Zawsze fascynowało mnie to, że ktoś może prowadzić wykład, porwać studentów, że jest w stanie zaciekawić swoją dyscypliną, zainspirować osobowością i wiedzą. Pamiętam, jak mnie wkurzało, gdy któryś z moich wykładowców przynudzał na zajęciach, marnował swój i nasz czas. Siedziałem po drugiej stronie katedry i myślałem sobie: „zrobiłbym ten wykład milion razy lepiej, a to co wygaduje ten facet, to zbrodnia na żywym organizmie uniwersytetu”. W liceum myślałem o studiach aktorskich. A potem doszedłem do wniosku, że bycie naukowcem też ma w sobie coś z aktorstwa. Sceną jest sala wykładowa, oklaskami piątki w indeksach studentów. No i ten błysk w oku u słuchaczy, gdy udaje się ich „zarazić” pasją do czytania Monteskiusza czy Webera. W pracy akademickiej, tak jak w aktorstwie, najważniejsza jest pasja i autentyczność. Staram się robić wszystko, by słuchacze moich wykładów nie myśleli sobie jak ja kiedyś: „poprowadziłbym te zajęcia milion razy lepiej, a to co wygaduje ten facet, to zbrodnia na żywym organizmie uczelni”.

W 2014 roku nadano Panu stopień doktora habilitowanego w specjalności „komunikacja społeczna i public relations”. Wyraźnie skręcił Pan więc od badań nad literaturą i dziennikarstwem w stronę marketingu…

Pół życia przepracowałem jako dziennikarz, radiowiec, wydawca, redaktor naczelny, szef portalu internetowego. Zawsze funkcjonowałem w sferze mediów lokalnych. Kiedy zacząłem pracę na uczelni, bardzo interesowało mnie budowanie relacji szkoły wyższej z jej środowiskiem właśnie od strony marketingu, komunikacji, wymiany informacji. Dostrzegłem, że dobra komunikacja buduje kapitał społeczny – powoduje, że uczelnie nie tylko uczą, informują o tym, co ważne w nauce, ale też inicjują ciekawe działania społeczne, mobilizują aktywność obywatelską, kreują wartości i w konsekwencji zmieniają świat na lepszy. Mówi się, że piarowiec to ten, który zajmuje się reklamą i marketingiem. Dla mnie PR to sfera, która pozwala zbudować relacje, stworzyć wspólnotę wokół instytucji, która ten PR realizuje. Temu zagadnieniu była poświęcona moja rozprawa habilitacyjna. Wykazałem, że uczelnie to instytucje, które zaliczają się do filarów demokracji liberalnej. Opisałem, jak ważna we współczesnym świecie jest komunikacja społeczna oparta na dialogu, szacunku, otwartości, zaangażowaniu. Taka komunikacja buduje nowoczesne państwo i społeczeństwo, a jej brak zabija demokrację. Później w swoich badaniach skręciłem nieco w kierunku zarządzania jakością, a następnie zająłem się prawem, zwłaszcza konstytucyjnym. Pozornie to odległe od siebie dziedziny. Ale tylko pozornie, bo we wszystkich tych obszarach fundamentalną rolę odgrywa komunikacja i relacje międzyludzkie. Ani firma, ani państwo nie będą właściwie funkcjonowały bez efektywnego dialogu budującego wspólnotę. Świetnie widać to właśnie w prawie. Ostatnio zajmuje się trochę tzw. komunikacyjną koncepcją kary w prawie karnym. A zatem badam, czym jest kara wymierzana przez sąd, ale nie wyłącznie w odniesieniu do przestępcy, lecz przede wszystkim jako sygnał, komunikat dla społeczeństwa.

Ostatnio na sali sądowej bywa Pan także jako sędzia społeczny…

To prawda. I także w tej roli przydaje się moje doświadczenie naukowe. Sala sądowa jest znakomitym miejscem do prowadzenia badań nad komunikacją. Zagadnienie, które mnie niezwykle fascynuje to ocena wiarygodności zeznań świadków, a zatem de facto badanie sposobu i treści ich komunikacji z sądem. Wszedłem w te zagadnienia również dlatego, że w 2019 roku zostałem wybrany przez Radę Miasta Sosnowca ławnikiem Sądu Okręgowego w Katowicach i orzekam tam w wydziale karnym, rozpoznając najcięższe sprawy o zbrodnie. Bardzo poważnie podchodzę do tego obowiązku, bo współdecyduję o ludzkich losach. Moja wiedza na temat komunikacji znakomicie przydaje się do oceny dowodów w procesie karnym, w tym zwłaszcza tzw. dowodów osobowych, czyli zeznań. Ostatnio w jednej ze spraw o usiłowanie zabójstwa wydawaliśmy wyrok niemal wyłącznie w oparciu o zeznania, które trzeba było zweryfikować pod kątem ich prawdziwości. Świetne pole do działania dla eksperta od komunikacji! Praca ławnika daje mi też kapitalne doświadczenia praktyczne, którymi mogę się dzielić ze studentami. Nie ma lepszej szkoły zawodu dla wykładowcy prawa niż sala sądowa. A ławnik w Polsce jest równy w prawach i obowiązkach sędziemu zawodowemu. Mam więc o czym opowiadać studentom.

Jest Pan pomysłodawcą i przewodniczącym kapituły ogólnopolskiego konkursu o nagrodę „Złotej Temidy”, który organizuje Wyższa Szkoła Humanitas. Co jest największym wyzwaniem tego konkursu?

Nagroda, którą przyznajemy, ma na celu upowszechnianie wysokich standardów w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości. Nie chodzi tylko o to, aby nagradzać wybitnych prawników, ale też o to, by edukować opinię publiczną pod względem prawnym i pokazywać, dlaczego niezależne sądy, niezawiśli sędziowie i praworządność to wartości fundamentalne dla państwa i społeczeństwa. Wielu z nas nie zdaje sobie na co dzień sprawy, że jakość pracy sądu ma znaczenie dla przeciętnego Kowalskiego, bo ten Kowalski, który do dziś salę sądową zna tylko z paradokumentu o sędzi Annie Marii Wesołowskiej, jutro może sądzić się z sąsiadem o miedzę, albo walczyć o uniewinnienie, niesłusznie oskarżony przez kolegę z pracy. Nagrodę przyznajemy, aby z jednej strony wyróżnić laureatów, docenić ich służbę i wkład w rozwój nowoczesnego sądownictwa, ale z drugiej – by pokazać, jakie postawy, jakie wartości, jakie rozumienie służby sędziego, prokuratora czy adwokata są istotne dla szarego obywatela. Obywatel powinien mieć poczucie, że w sądzie zostanie potraktowany w sposób sprawiedliwy, bezstronny, uczciwy, rzetelny, bez nacisków z jakiejkolwiek strony. Po drugie: musi mieć wiedzę na temat tego, jak w tym sądzie się odnaleźć, jakie przysługują mu prawa, czego może oczekiwać od majestatu państwa, którego uosobieniem jest człowiek w todze z łańcuchem na szyi. Za mało uczymy w liceach o prawie i jego mechanizmach. Młodzież nie wie, co to jest pozew, niezawisłość sędziowska, prawo do obrony, oskarżenie publiczne itd. Konkurs o nagrodę „Złotej Temidy” to jedna z inicjatyw Wyższej Szkoły Humanitas, która ma budować świadomość prawną obywateli, przy okazji promując autorytety, dzięki którym państwo prawne nie jest pustym hasłem. Nagrodę w naszym konkursie przyznaje Kapituła, w której zasiadają m.in. prof. Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, dziekani wydziałów prawa z całej Polski, przedstawiciele Polskiej Akademii Nauk. Przewodniczenie takiemu gremium to dla mnie wielki honor.

I na koniec: został Pan laureatem tytułu „Osobowość roku 2020” w kategorii: działalność społeczna i charytatywna. Stworzył Pan pierwszą w Polsce poradnię prawa akademickiego. Co jest istotą działalności tej poradni?

Nasza Poradnia to jedyna taka placówka w Polsce. Pomagamy studentom i pracownikom naukowym z całego kraju w kwestiach łamania ich praw. Trafiają do nas różne sprawy: od dyskryminacji, przez łamanie przepisów stypendialnych, niesprawiedliwe potraktowanie na egzaminach, po mobbing czy przemoc na tle narodowościowym lub orientacji seksualnej. Doradzamy prawnie, piszemy pisma procesowe, edukujemy, interpretujemy przepisy. Pomagamy też psychologicznie i mediacyjnie. Jeśli ktoś ma problem ze stosowaniem przepisów prawa w szkolnictwie wyższym, zawsze może zwrócić się do nas o pomoc. Zapewniam: mamy w tym obszarze wiele sukcesów!

Przeczytaj również