Kraina długiej białej chmury

Dominika Rojecka
Dominika Rojecka

Aotearoa – Maoryska nazwa Nowej Zelandii, w której chmury stały się stałym gościem, żeby nie powiedzieć, że gospodarzem. W końcu to jedno z miejsc na świecie z najwyższą roczną sumą opadów. Na południowej wyspie, która jest celem tej wyprawy, ląduję z upalnego Sydney, które zdążyło już przyzwyczaić do pięknej słonecznej pogody i wszechogarniającego żaru. A tutaj, tuż po wylądowaniu w Christchurch, od razu widać na niebie senne obłoczki, które sprawiają że tę „niepewność” pogody czuć w powietrzu. Nowa Zelandia to miejsce, gdzie można karmić zmysły, więc zwiedzanie południowej wyspy czas rozpocząć. Przygodo na końcu świata, czas START!

Przystanek Arthur’s Pass
– początek bezkresu

Południowa wyspa ma charakter górzysty. Taki też charakter ma Park Narodowy Arthur’s Pass w południowych Alpach. Pierwszy pośredni przystanek w kierunku zachodniego brzegu wyspy. Droga tam daje pierwsze wyobrażenie, czego można się podziewać po południowej wyspie. To co uderza, to ogromne przestrzenie. Góry, pagórki, skałki i kamienie, rozliczne jeziorka komponują krajobraz niezwykły. Natura ma w sobie energię piękna, a jednocześnie surowości i niedostępności.

W przydrożnej restauracji, podczas kawowej przerwy, na stole siada drapieżna papuga kea. Lokalny endemit. Za chwilę ściągają kolejne, by zabawiać swym pięknem również innych gości restauracji. Gatunek kea, to jedyne na świecie papugi górskie. Niezwykła mieszanka wyglądu, jak i osobowości. Ich wygląd to połącznie orła z papugą. Upierzona na zielono, jak Nowa Zelandia, z płomieniem po wewnętrznej stronie skrzydeł. Z jednej strony papuga kea oskarżana jest o zabijanie, czy ranienie owiec, z drugiej szanowana jako najinteligentniejsza z papug. Do tego, jak to typowa papuga niezwykle ciekawska, gotowa na nawiązywanie nowych znajomości. Siada bardzo blisko, na wyciągniecie ręki, widać, że zdążyła się na dobre oswoić a i ma interes w takich znajomościach. Pewnie nie bezinteresownie, bo licząc na łatwy posiłek, ale w zamian kea daje poczuć obcowanie z wyjątkowym pięknem.

Wokół przełęczy Arthur’s Pass rozciąga się park narodowy, na terenie którego można znaleźć, aż szesnaście szczytów powyżej 2000 m.n.p.m Wiele jest miejsc do pieszych wycieczek, dzięki rozlicznym szlakom, prowadzącym w różne strony. Przejażdżka samochodem jest również ciekawa, ze względu na rozliczne punkty widokowe, których jest wiele i które dają dobry pogląd na krajobraz. Park narodowy, jak cała wyspa południowa nie rozpieszczają pogodą, póki co jest jednak przyjaźnie.

Przystanek Hokitika
– wąwóz i krzesło na plaży

Pogoda jeszcze niby dobra, ale już widać, że chmury intensywnie knują na niebie.

Przed wjazdem do miasta obowiązkowa wizyta w wąwozie – Hokitika Gorge. W zasadzie wizyta w wąwozie jest celem tego postoju, a miasto jest jedynie przy okazji.

I wreszcie jest, wreszcie nawigacja pokazuje cel podróży. Spośród zieleni wyłania się powoli wąwóz. Ukryty w bogactwie roślinności tak soczystej i gęstej, że stanowiącej wręcz żywą ścianę. Można bez trudu dostrzec przynajmniej kilka rodzajów paproci, które widać, że mają się tu bardzo dobrze. Pnie drzew są porośnięte mchami, porostami. Pnącza oplatają pnie, a z gałęzi zwisają grube liany. Bogata roślinność ukrywa przed ciekawskimi to, co najlepsze. Wąwóz wypełniony błękitnoturkusową wodą, przepasany drewnianym mostem. Do tego cudowny zapach, esencja natury w pełnej krasie. A co najważniejsze, prawie żadnych turystów, jakby natura dawkowała swoje uroki jedynie wybranym. Oczywiście nadchodzi to co nieuniknione. Zaczyna padać, najpierw delikatnie dając jeszcze nadzieję na zmianę, ale potem już bezlitośnie. Kraj długiej białej chmury przypomina o swoim charakterze…

Miasto Hokitika, które miało być jedynie dodatkiem do zwiedzania tego regionu okazuje się ciekawym odkryciem. Być może dlatego, że nie było względem niego większych turystycznych oczekiwań. Tymczasem Hokitika wita maleńką ogólnodostępną pralnią, w której można wysuszyć przemoczone ubranie, co jest kluczowe dla dalszego losu wyprawy. Miasto niegdyś górnicze. Dzięki gorączce złota było w pewnym momencie najludniejszym miastem Nowej Zelandii. Dziś sławne dzięki jadeitowi. Wokół więc masa sklepów i sklepików z jadeitową biżuterią i ozdobami.

Jedyny zabytek w tej miejscowości, czyli wieża zegarowa to największy i raczej jedyny ciekawy okaz architektoniczny w miejscowości, więcej jednak nie trzeba.

Za to plaża jest wyjątkowa. Plaża w Hokitice jest jednym z najlepszych punktów widokowych zachodu słońca na wybrzeżu. Dodaje miejscowości niezwykłego smaku, otwierając Hokitikę na Morze Tasmana. Na plaży jest charakterystyczny dla tego miejsca napis – instalacja utworzona z wyrzuconych przez morze konarów drzew, ułożonych w słowo – HOKITIKA. Wreszcie jest też kolorowe krzesło, które widać na wielu pocztówkach z regionu i na którym można usiąść i podumać. Te charakterystyczne elementy, a do tego parkujące nieopodal hipisowskiej kampery, sprawiają że klimat plaży czyni z niej bardziej miejsce do zabawy i spędzania czasu na refleksyjnej tułaczce po brzegu, niż typowego plażowania.

Przystanek Tekapo
– natura wzniesiona na ołtarze

Doga ku jeziorom prowadzi majestatycznymi pustkowiami. Ruch jest mały, chwilami żywej duszy. Dookoła widok gór i zboczy porośniętych obłoczkami owiec. Owce – wizytówka południowej wyspy. Wełniane sylwetki ciągną się aż po horyzont. Szacuje się, że w Nowej Zelandii na jedną osobę przypadka około 8 owiec. Nic więc dziwnego, że na drugim miejscu na podium „zwierząt narodowych” Nowej Zelandii, zaraz po kiwi, dumnie beczy owca. Okoliczne sklepiki pełne są pamiątek z tymi zwierzętami, aż chwilami nie jest się pewnym, czy nie przeniosło się na Krupówki. Baranina równie często gości na talerzu, co na stokach. Taki urok, takie koło życia. Owcze koło życia.

Wreszcie nadszedł czas jezior. Na początek jezioro Tekapo. Wyłania się majestatyczne, otoczone górami parku narodowego Mount Cook. Tak piękne, że aż bezwstydne. Miejsce magiczne. Pierwsze miejsce, gdzie turystów jest znacznie więcej. A właściwie wypadło by napisać, gdzie turyści zaczynają się pojawiać. Tekapo to polodowcowe jezioro, które dostarcza wyjątkowych wrażeń estetycznych. Krystalicznie czyste, ogromne, turkusowe, że aż bolą oczy. A wokół łąki, skały z ośnieżonymi szczytami. Kraina elfów i magii.

Do tego punkt charakterystyczny dla tego miejsca. Stary kamienny kościółek. Oczywiście Kościół Dobrego Pasterza, bo jakże w tym miejscu mogłoby być inaczej. Wybudowany w 1935 r. zaprojektowany w oparciu o malarskie szkice, sam jest niczym malowany na tle jeziora. Uwagę zwraca niezwykły ołtarz. Został ograniczony jedynie do kamiennej mensy. A główny ołtarz to okno prezbiterium, z którego roztacza się widok na jezioro Tekapo. Niezwykły symbolizm, ołtarz natury.

Tuż obok ciągnie się jezioro Pukaki, zupełnie nie ustępujące swoją urodą Tekapo. Dłuższym brzegiem jeziora zmierza droga dojazdowa do Mt Cook Village. Po drodze wiele punktów widokowych, gdzie można się zatrzymać na zdjęcia. Opóźnia to bardzo dalszą podróż, bo właśnie nie sposób przestać się zatrzymywać.

Przystanek Mount Cook Village
– wokół góry na końcu świata
 

Mount Cook Village, znajduje się w nowozelandzkim parku narodowym Aoraki/Mount Cook, zaledwie 15 kilometrów na południe od szczytu najwyższej góry kraju, zwanej w języki Maorysów Aoraki. Góra Cooka to najwyższy szczyt Nowej Zelandii, który znajduje się w łańcuchu górskim ciągnącym się wzdłuż zachodniego wybrzeża południowej wyspy. Jako nieliczna, Góra Cooka zmniejszyła swoją wysokość w wyniku osunięcia się skał. Jej wysokość pierwotnie wynosiła 3 764 m n.p.m., jednak
w grudniu 1991 r. jest wysokość zmniejszyła się o 10 m, zaś w roku 1996 r. o kolejne 30 m. Na zboczach góry ciągną się dwa lodowce górskie – Lodowiec Tasmana i Hookera.

Okolice Parku Narodowego Mt Cook, Tekapo, Twizel, Mount Cook Village tworzą Rezerwat słynny z … ciemności. Rezerwat Nocnego Nieba, cieszy się niezwykłą popularnością. To właśnie tu, w bezchmurne noce widać miliony gwiazd. Zanieczyszczenie światłem jest praktycznie zerowe, dzięki czemu można kontemplować niezwykłe kosmiczne widoki. Osoby szukającego „zorganizowanych” obserwacji zostaną obsłużone przez uniwersyteckie obserwatorium na szczycie Mount John w Tekapo. Widok rzeczywiście magiczny, gdyż obserwatorium zyskuje na tym, że jest wyniesione ponad okolicę, z widokiem na ogromne jezioro. Ale miejsca jest dosyć również dla samotników, stroniących od zorganizowanego zwiedzania. Miejsca jest tyle, że wystarczy się zatrzymać na poboczu krajowej drogi, punktach widokowych przy jeziorach, czy po prostu pójść przed siebie, by zanurzyć się
w ciemności i podziwiać południową hemisferę z malowniczą Drogą Mleczną.

W samym Mount Cook Village praktycznie niczego nie ma, oprócz kilku hosteli i pola namiotowego. Nie ma nawet sklepu spożywczego. Cudownie miejsce dla samotników i odludków.

Mount Cook Village stanowi jednak świetną bazę wypadową, a Park Narodowy dostarcza wielu atrakcji. Tras trekkingowych nie ma zbyt dużo, ale za to są naprawdę piękne i ewidentnie różnią się od typowych górskich ścieżek. Szlaki prowadzą przez wzniesienia oraz liczne mosty linowe. Z punktów widokowych można obserwować szczyty, w tym Górę Cooka.

To również miejsce na chwilę zastanowienia się nad zmianami klimatu. O wszechobecnej degradacji klimatu przypomina Jezioro Tasmana. Jeszcze przed 1973 r. Jezioro Tasmana w ogóle nie istniało. Od Lodowca Tasmana, największego lodowca górskiego w Nowej Zelandii, oderwało się sporo dużych fragmentów lodu, które dały początek jezioru. Wzrost Jeziora Tasmana, to również bezpośredni wynik trzęsienia ziemi w Christchurch, które miało miejsce w lutym 2011 roku. Wówczas od lodowca odłamał się kawał lodu o masie 30 milionów ton. Wpadając do jeziora utworzył falę przypływową o wysokości trzech i pół metra.

Ten region jest też bardzo ważny dla rozwoju alpinizmu. 29 maja 1953 roku Nowozelandczyk Edmund Hillary i nepalski Szerpa Tenzing Norgay jako pierwsi ludzie zdobyli Mount Everest – najwyższy szczyt świata. Sukces przypisuje się doświadczeniu, jakie Edmund Hillary zdobył wspinając się właśnie na Mount Cook. Nowozelandzkim Alpom przypisuje się bowiem dużo podobieństwo do Himalajów. Dzisiaj można podziwiać brązowy posąg Hillarego stojący przed The Hermotage Hotel w Mount Coon, a sam Hilary codziennie spogląda, w towarzystwie hoiho – żółtookiego pingwina z nowozelandzkiej pięciodolarówki.

Przystanek Oamaru
– pingwiny i Steampunk
 

Miasto charakterystyczne, pełne niepasujących do siebie z pozoru elementów, które składają się jednak w logiczną układankę. Kolejne prawie puste miejsce, jakby tu na końcu świata nikogo nie było. Pierwsze co rzuca się w oczy, to bogata kolekcja wiktoriańskiej architektury. Harbour Street to prawdziwa szkatułka z której wysypują się kolejne perełki XIX wiecznej architektury. W Oamaru wita też podróżnych malutka stacyjka kolejowa, chyba jedna z ładniejszych na świecie. Czasami zatrzymuje się na niej stary pociąg, który przejeżdża przez starą część miasta. I nagle z tym urokliwym, wręcz sielankowym klimatem zderza się Steampunk HQ. Trudno nawet określić czym do końca jest. Chyba można go uznać, za rodzaj ekscentrycznej instalacji, rodzaju galerii, muzeum nasiąkniętego surrealizmem. Chwilami przerażającego, ale z pewnością wciągającego. Na dziedzińcu na zewnątrz jest kilka dziwacznych urządzeń i pojazdów prowadzonych przez upiory. Stampunk HQ jest bardzo interaktywny – można się na niego wpinać, zaglądać do przerażających wnętrz, by osobiście wziąć udział w tej przedziwnej grotesce.

Kolejny puzzel wśród atrakcji Oamaru to Teatr Małych niebieskich pingwinów. Znajduje się blisko nadbrzeża. Jest to płatne, zorganizowane wodowisko. Zaczynać się powinno w okolicach zachodu słońca, kiedy pingwiny wracają z morza, do swoich domostw. Pingwiny wracają do małych domków, które wybudowali im organizatorzy, ku uciesze turystów. Niebieskie pingwiny to najmniejsze pingwiny świata o średnim wzroście wynoszącym zaledwie 33 cm. W teatrze pingwinów zasiada się na trybunach i czeka, aż małe stworki powrócą na brzeg, by spędzić noc na lądzie. Zdjęć nie można im robić, o czym przypominają rozliczne tabliczki z zakazami. W powietrzu czuć niecierpliwość w oczekiwaniu zgromadzonych. Wszyscy są bardzo ciekawi, a przybyszów nie widać. Na szczęście jest tam molo pełne ptaków, które po części rekompensuje długie oczekiwanie. Wreszcie są. Pojedyncze sztuki wychodzą z morza. Niektóre mkną prosto do domków, inne pozwalają nieco nacieszyć oko turystów. Obraz jest jednak daleki, od tego przedstawionego na zdjęciach zamieszczonych na ulotce reklamującej całe przedsięwzięcie. Po wyjściu z komercyjnego teatru, czeka jednak niespodzianka. Po nadbrzeżu biegną pingwiny, dezerterzy, które nie były zainteresowane udziałem w widowisku. Można je swobodnie podziwiać, praktycznie dotknąć, cieszyć się czystym obcowaniem z naturą. W każdym razie kolejny dowód na to, że najlepsze rzeczy w życiu są za darmo.

I chociaż miasto wydaje się totalnie ciche, kolejną niespodzianką wieczoru jest pub, który do późnych godzin tętni życiem. Przy akompaniamencie największych hitów lat 80-tych bawią się lokalni mieszkańcy. Są też Maorysi zasymilowani z emigrantami, na przybyszów patrzą życzliwie. Można się poczuć bardzo swojsko, choć na końcu świata.

Przystanek Kaka Point
i latarnia morska
 
Kaka Point – miejsce magiczne. Mała osada z pięknymi plażami, której niezwykłego smaku dodaje Nugget Point z maleńką latarnią morską. Miejsce znane, uwiecznione na wielu oferowanych w internecie tapetach, czy pocztówkach z regionu, cieszy się zasłużoną sławą. Do latarni zmierza się wąskim cyplem otwierającym południową wyspę na ocean. Niebo styka się z głębią wody, fale uderzają o brzeg. Idąc do celu patrzy się na wielki błękit.

U podnóża skał, przy brzegu kłębią się kolonie fok, bawiące się w falach. Można tez spostrzec lwy morskie. Mający więcej szczęścia widują delfiny lub żółtookie pingwiny. Sama latarnia kusi urokiem. Latarnia została zbudowana w latach 1869-70, ma 9,5 m wysokości i znajduje się 76 m n.p.m. i jest urokliwym wykończeniem wybrzeża, chłostanym przez wysokie fale.

Przystanek plaża Koehoke
i kosmiczne kule
 

Tuż niedaleko kolejny cud natury. Oto plaża, a na niej spoczywają wielkie kuliste głazy, niczym porozrzucane jaja dinozaurów. Skąd to i dlaczego? Głazy Moeraki  (Moeraki Boulders) – to grupa dużych, kulistych konkrecji występujących na plaży Koehoke, na wybrzeżu regionu Otago, południowej wyspy. Ich szare zabawienie przypomina nieco krajobraz księżycowy. Wyglądają jakby rodziły się na brzegu i podążały w stronę morza. Niektóre wędrują pojedynczo, inne grupami. Ich liczba robi wrażenie.

Widok niezwykły. A wszystko to za sprawą erozji występującego na wybrzeżu mułowca, wywołanej przez fale uderzające o brzeg. To fala sprawia, że wybrzeże uwalnia regularnie nowe kule, które toczą się następnie w kierunku morza, jakby ich misją było płynąć, nie zważając na gabaryt. Maorysi twierdzą w swych legendach, że głazy to resztki koszy na węgorzy i tykw, które zostały wyrzucone na brzeg ze statku. Z kolei klify wychodzące w morze, to kadłub statku, a położony w pobliżu cypel, to ciało kapitana. Być może coś w tym jest, że tak ciągną do morza. Widok niesamowity.

Przystanek Zatoka Milforda
i kaskady ze skał

Droga do Zatoki Milforda prowadzi z Queenstown. Zatoka Milforda jest częścią regionu Fiordland południowej części Wyspy Południowej, jest parkiem narodowym Nowej Zelandii wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Uformowana przez lodowiec, który wyżłobił rów spływając do morza. Unikatowa flora i fauna jest wynikiem sąsiadowania ze sobą słonych i słodkich wód, tworzących środowisko będące po części jeziorem i oceanem. Jest to region, w którym biegnie jeden z najsławniejszych szlaków turystycznych – Milford Track.
Najsłynniejszy spacer w Nowej Zelandii, Milford Track, od ponad 150 lat zachwyca wędrowców. Alpejska sceneria oraz fiordy sprawiają, że wędrówka jest niezwykłą przygodą. Dlatego też rezerwację wejścia należy planować z dużym wyprzedzeniem, bo zamawiając na ostatnią chwilę można się rozczarować brakiem miejsc.

Spacer prowadzi przez wiszące mosty. Na drodze Milford Track ukazują się dziewicze jeziora, szczyty górskie. Widoki na bezkresne zielone doliny. Można też poczuć mglisty oddech wodospadu Sutherland, najwyższego wodospadu w Nowej Zelandii. Oczywiście tak długi spacer nie może obejść się bez niespodzianek pogodowych. W słoneczny dzień trakt roztacza przed turystami sielankowe widoki.

Sama podróż z Queenstow do Zatoki Milforda jest równie ciekawa, co jej cel. Niesamowita gęsta roślinność, która wydaje się aż przejaskrawiona swym kolorem. Wokół drogi pełno klifów, z których spływa kaskadami woda. Zatoka Milforda to jedno z najbardziej deszczowych miejsc na Ziemi. Statystyki są nieubłagane i podają, że tylko co trzeci dzień jest bezdeszczowy.

W porcie duży ruch. Tłumy turystów są dosłownie wszędzie. Głownie Azjaci, polskich słów raczej nie słychać. Rejs po zatoce trwa około dwóch godzin. Prom podpływa pod skały, by ostatecznie zmierzać w kierunku otwartego morza. Sytuacja komplikuje się, gdy zaczyna mocno padać. Wiatr rzuca promem, trzeba się mocno trzymać. Mało kto zostaje na pokładzie. Prawie wszyscy chowają się w środku odtwarzając skrzętnie swoje dotychczasowe nagrania. A szkoda, bo najlepsze właśnie dopiero się zaczyna. Choć wiatr mocno wieje w twarz, a ubranie zaczyna być mokre, mimo peleryny szarpanej podmuchami, dopiero teraz widać piękno i dzikość krajobrazu. Kaskady jeszcze bardziej ożywają, czuć ich krople na twarzy gdy prom zbliża się ponownie do skał. Widok i przeżycie niesamowite, być może nawet ciekawsze, niż w słoneczny dzień.

Przystanek Queenstown
i potężna dawka adrenaliny

Zupełna odmiana, po dotychczasowych bezkresach. Miasto tętni życiem i słusznie jest nazywane przez niektórych adrenalinową stolica świata. Queenstown jest znanym zimowym kurortem, zaś latem kusi ekstremalnymi sportami. Można skakać na bungy (pisane lokalnie właśnie w taki sposób) i to z kilku lokalizacji. Można tez cieszyć się pięknymi widokami jeziora Wakatipu, nad którym położone jest miasto. Na szczycie miasta znajduje się kompleks Skyline.

W okolicach miasta znajdują się liczne trasy rowerowe, głównie do zjazdów na rowerach górskich. Zimą z kolei Queenstown zamienia się w kurort dla narciarzy i fanów sportów zimowych. Miasto działa na pełnych obrotach przez cały rok. Okolica oferuje też coś dla zwolenników górskich wycieczek. Można się wspiąć na Queenstown Hill, Bob’s Cove, czy podążyć szlakiem Ben Lomond. Niezależnie od wyboru, niesamowite widoki są gwarantowane.

Lokalnym, lecz działającym globalnie dostawcą adrenaliny jest AJ Hackett, który kieruje się zasadą Live more. Fear less. Alan John Hackett to nowozelandzki skoczek i prekursor bungy. Rozwijając ten ekstremalny sport i swoją pasję inspirował się rytuałami z wysp Vanuatu. Szukał sposobu, by skoki z bungy były bezpieczne. Opierając się na nauce, używając matematycznych wzorów, w połowie lat osiemdziesiątych stworzył super – rozciągliwy, elastyczny sznur do skoków. AJ Hackett był oczywiście pionierem, który osobiście testował swoje wynalazki. Do niego należy między innymi słynny skok z Wieży Eiffla w Paryżu w dniu 26 czerwca 1987 r. za który otrzymał karę aresztu. Odsiadka jednak się opłacała, gdyż bardzo spopularyzowała bungy, jak i postać Hacketta.

Obecnie AJ Hackett Bungy to profesjonalna firma, która ma swoje miejsca do skoków w wielu krajach świata. Na południowej wyspie w ramach oferty AJ Hackett można skoczyć z malowniczego mostu Kawarau (43m), platformy Nevis (134m), czy też Ledge Bungy znajduje się w Skyline Queenstown. Ale to nie wszystko. Można też wykrzesać z siebie super bohatera na największej ludzkiej katapulcie, pędząc 150 m przez dolinę Nevis, wzbijając się w powietrze z niesamowitą prędkością – z siłą do 3G – po czym cieszyć się ekscytującym odbiciem, gwarantującym niesamowitą adrenalinę. Nieco „spokojniejszych” atrakcji dostarczają natomiast górskie huśtawki, gdzie z nieco mniejszą prędkością można zachwycać się widokami łączącymi skał i turkusowych górskich jeziorek. Odważni niech skaczą, bo to już koniec tej wyprawy. A za rogiem niestety czeka powrót do codzienności, choć dalej pozostaje niedosyt tego niezwykłego miejsca. Kia Ora, czas wracać, południowa wyspo!

Przeczytaj również