W życiu trzeba mieć szczęście

Daniel Kleszcz
Daniel Kleszcz

Fot. Maja Maciejko

Czym tak naprawdę jest spółdzielczość?

Spółdzielczość jest formą gospodarowania, która pozwala realizować indywidualne cele poprzez współdziałanie grupowe i może dotyczyć różnych sektorów gospodarki i ludzkich potrzeb. Nie jest to definicja podręcznikowa ale swobodne przybliżenie tego pojęcia. W szczególności zaś – Spółdzielnia mieszkaniowa – odnosząc to do branży w której pracuję, to nie tylko domy (ich budowa i zarządzanie), ale przede wszystkim to zrzeszenie osób, które zamieszkują
w tych domach tworząc tę spółdzielnię. Przy okazji to oczywi-ście społeczne przedsiębiorstwo, działające na specjalnych przepisach i zasadzie non profit w obszarze mieszkalnictwa. Spółdzielnia z definicji nie jest ukierunkowana na zysk, ale na realizację celów, które są zapisane w statucie. Zajmowanie się „spółdzielczością” to więc w moim przypadku wieloraka działalność, gdzie na pierwszym planie jest zapewnienie ludziom godnych warunków zamieszkania, technicznych, bezpiecznych i estetycznych. Wpływ na to jak budynki wyglądają mają sami użytkownicy, sami tworzą pewien klimat społeczny i decydują czy i jak przeciwdziałają dewastacji, jak się wzajemnie do siebie odnoszą. Czasem gdy ktoś żyje z sąsiadem jak przysłowiowy pies z kotem, to żąda aby spółdzielnia wkraczała w ten spór, a nie mamy instrumentów prawnych by rozstrzygać spory, godzić strony, itd. Spółdzielnia ma też zapisany obowiązek, i go realizuje, prowadzenia działalności społeczno-kulturalno-oświatowej w ramach której tworzy warunki sprzyjające integracji sąsiedzkiej, rozwijania indywidualnych zainteresowań i pasji, itp.

Spółdzielczość wydaje się ciekawym sektorem, gdyż można na niego patrzeć z różnych punktów widzenia życia społecznego, a poza tym odczuwa się w nim zachodzące w kraju przemiany społeczne czy gospodarcze…

Dokładnie tak, choćby z punktu widzenia polityki społecznej. Spółdzielnie pomagają państwu zapewnić ludziom dach nad głową. Dziś w zasadzie jedyna możliwość to kupno mieszkania, ale to już zainteresowany zaciąga na ten cel kredyt, sam przed bankiem wykazać musi iż ma zdolność kredytową, kiedyś to spółdzielnia była tym kredytobiorcą dla swoich członków. Punkty zwrotne są zawsze kiedy diametralnie zmieniają się przepisy. Kiedyś w dacie powstania – byliśmy spółdzielnią lokatorską, międzyzakładową. Różniła się tym, że powszechnie spółdzielnie powstawały przy dużych zakładach pracy, u nas na Śląsku, głównie – przy zakładach górniczych, hutniczych, posiadających zasobne fundusze mieszkaniowe. Były jednak sektory, jak np. budżetówka, nie dysponujące takimi środkami (z uwagi na mniejsze zespoły pracownicze) i to głównie z myślą o nich powstała wówczas nasza międzyzakładowa spółdzielnia. Od tego czasu przeszliśmy wiele ewolucyjnych przemian – nie tylko zmianę ustroju, ale i wiele zmian obowiązujących spółdzielnie przepisów (nie zawsze pro spółdzielczych), ale radzimy sobie w ich adaptacji do zmieniających się warunków w sposób mający na uwadze interes ogółu członków naszej Spółdzielni. Proszę pamiętać, że spółdzielnia to swoista spółka, tylko że tu nie decyduje się siłą kapitału, wszyscy są równi – każdy członek ma jeden głos, nawet jeśli ma nawet 10 lokali lub więcej lokali, a celem jej działalności nie jest zysk.

Często spółdzielnie postrzegane są stereotypowo, jako zarządcy blokowisk, nie czyniący takich spektakularnych i nowoczesnych inwestycji jak firmy deweloperskie…

Po pierwsze to nikt tych „blokowisk” (z małymi wyjątkami) spółdzielniom nie darował – same je wybudowały i naturalną oczywistością jest, że nimi zarządzają. My od zawsze stawialiśmy również na nowoczesne budynki, tak jak choćby ostatnio na ulicy Pułaskiego gdzie powstała inwestycja mieszkaniowa „Rekreacyjna Dolina – Mały Staw”, a wcześniej duże kompleksy na osiedlu Zgrzebnioka, Zawodzie, Giszowiec i inne. Naszą ambicją jest to by się nie wstydzić tego co po nas zostanie i aby dać „klientom” ofertę na naprawdę wysokim poziomie. Mamy też w swoich zasobach budynki kultowe, jak choćby Superjednostka – to bardzo trudny budynek, nietypowy, na początku, najpierw pomyślany jako hotel miejski, stąd tak wiele mieszkań ma tam ciemne kuchnie, czy też osiedle Gwiazdy powstałe na terenach pokopalnianych, i choć bezpieczne w budowlanym sensie to jednak stojące na palach lub na „pływających fundamentach”.

Polska niestety nie jest krajem gdzie szczególnie dba się o spójną politykę architektoniczną…

Zgadzam się z Panem, a marzyło by się, by istniało coś takiego jak wizja miast w Polsce. Nie ma takiego urbanisty (zespołu specjalistów) , który by powiedział jak dane miasto ma wyglądać, przez to moim zdaniem wiele budynków jest przypadkowych. Nawet jeśli są jakieś założone koncepcje – to są raczej bardziej fragmentaryczne. Jako obywatele nie mamy wiedzy o długofalowych wizjach. Nie ma niestety sprzyjających takiemu dobremu podejściu przepisów, które do pewnych działań by jasno obligowały. Świadoma jestem także, że powszechnie brakuje realnych środków budżetowych na podobne działania. Warto wskazać, iż Katowice, według mojej wiedzy, mają takie programy, ale to jest niezbędne w każdym mieście.

Jak wygląda proporcja liczby pracowników do ilości mieszkań i zasobów Spółdzielni?

To nie jest właściwa miara, bo Spółdzielnia jest przedsiębiorstwem wykonującym usługi zarządzania nieruchomościami, ale też korporacją członkowską, a część działań wynika wprost z przepisów ustalających w jaki sposób należy to czy tamto realizować. Można te powinności wykonywać w różnoraki sposób, albo poprzez zatrudnienie na etatach swoich pracowników, a można potencjałem zewnętrznym na podstawie zleceń i umów z przedsiębiorstwami – bez własnych służb. Z reguły ten drugi system jest droższy, bo usługodawca ma prawo do doliczenia swojej marży i zysku. Mamy zasoby odpowiadające rozmiarami i liczbą mieszkańców sporej wielkości miastu. Spółdzielnia jednak to dualny organizm – jest przedsiębiorstwem w systemie gospodarczym kraju, a równocześnie (przynajmniej z założenia) przedsiębiorstwem społecznym, którego majątek jest prywatną częścią jej członków – z tych względów zarządzamy poprzez struktury samorządowe – według demokratycznych zasad zapisanych w statucie i w interesie i na rzecz ogółu członków korporacji. Organy władzy spółdzielni pochodzą zatem z wyboru członków, a w Walnym Zgromadzeniu uczestniczyć może każdy członek na identycznych, równych prawach. Jako przedsiębiorstwo spółdzielcze oczywiście Spółdzielnia nasza zatrudnia zatrudnia pracowników, których liczbę limitują zadania i system organizacji, umożliwiający ich realizację. W naszej Spółdzielni w znacznym zakresie i na newralgicznych odcinkach korzystamy z własnych pracowników, ale już w robotach bardzo specjalistycznych, dużych remontach, przy budowie nowych domów czy obiektów infrastruktury posiłkujemy się angażowaniem funkcjonujących na rynku przedsiębiorstw branżowych. Toteż np. ja – jestem np. dyrektorem spółdzielni – jako przedsiębiorstwa (zwłaszcza wobec pracowników i innych firm zewnętrznych), z drugiej – pełnię funkcję prezesa Zarządu Spółdzielni i wspólnie z pozostałymi członkami Zarządu (jest nas w sumie – troje) odpowiadamy za wykonywanie zadań zastrzeżonych w ustawie i statucie do kompetencji tego organu, czyli Zarządu. Organami władzy nad Zarządem jest Rada Nadzorcza i Walne Zgromadzenie, jako organy stanowiące i kontrolno-decyzyjne w zakresie kluczowych spraw (wymienianych w Prawie spółdzielczym i w ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych). W osiedlach – udział mieszkańców w podejmowaniu decyzji ich dotyczących zapewniają Rady Osiedli. Prawda jest taka, że w europejskich kategoriach co do wielkości jesteśmy spółdzielnią średnią, ale tutaj – w Polsce – po „rozczłonkowaniu” na przestrzeni minionego ćwierćwiecza wielu spółdzielni mieszkaniowych na mniejsze „organizmy” jesteśmy postrzegani jako „moloch”. Mieszkań aktualnie posiadamy blisko 20 tysięcy, do tego lokale użytkowe, garaże, pawilony handlowe. Tym wszystkim zarządza 17 wydzielonych gospodarczo i ekonomicznie administracji osiedlowych pod nadzorem wybieranych co 4 lata przez mieszkańców spośród obecnych na Zebraniach Osiedlowych członków – 18 Rad Osiedlowych. Posiadamy własne służby wyspecjalizowane w niektórych działalnościach – jako zakłady celowe, a więc Zakład Ciepłowniczy (z sekcją zieleni), Zakład Usług Parkingowych, Serwis Techniczny zapewniający w wolnym od pracy czasie – pogotowie techniczne na wypadek awarii, itp. Łącznie dla obsługi ok. 30 tysięcznego „miasta w mieście” zatrudniamy niespełna 370 pracowników (łącznie – pracowników biurowych, obsługi technicznej, konserwatorów, ciepłowników, itd.). Praca w Spółdzielni to nie tylko 8 godzin kodeksowych dziennie. To nie jest tylko zwykła praca zarobkowa, ale i misja, autentyczna praca społeczna, którą trzeba lubić i starać się wykonywać z poszanowaniem różnorodności oczekiwań mieszkańców, na rzecz których pracujemy. I pracownicy o tym wiedzą. Muszę też podkreślić, że lubię moją pracę, która dała mi możliwość poznania na przestrzeni lat wielu mądrych, znanych i mniej znanych powszechnie na naszym trenie i nie tylko u nas – ludzi. W tym zasadza się też i moje szczęście, bowiem pełniąc nieprzerwanie od 1990 roku funkcję Prezesa Zarządu zawsze współdziałali ze mną ludzie mądrzy, rzetelni i bezinteresowni – były to setki autentycznych działaczy społecznych wchodzących w skład kolejnych Rad Nadzorczych, Rad Osiedli czy uczestnicy Zebrań Osiedlowych oraz mieszkańcy spotykani w różnych dotyczących ich życia okolicznościach. W znakomitej większości byli to ludzie, którym na sercu leżało dobro Spółdzielni i słuszny interes zrzeszonej w niej członków. Dorobek naszej Spółdzielni i dobry wizerunek w mieście to nasza wspólna zasługa – działaczy, szeregowych członków i kadry pracowniczej. Naprawdę w organach naszej Spółdzielni, mimo oczywistej zmienności składów, działało i działa wiele znakomitych osób, poświęcających swój prywatny czas dla ogólnego dobra. Brzmi to jak hasło reklamowe, ale ich dziełem jest wiele cennych inicjatyw gospodarczych, kulturalnych, społecznych – dzięki którym udało się zrealizować wiele dobrych dla spółdzielców i dla miasta projektów. Warto podkreślić, że w naszej Spółdzielni Rady Osiedlowe są nie tylko społecznym organem opiniodawczym, lecz są wyposażone w szereg uprawnień stanowiących, np. decydują o wysokości stawek eksploatacyjnych w danym osiedlu, kontrolują i oceniają czy ponoszone koszty są zasadne, czy i jak można je obniżyć, współdecydują o kolejności i zakresie remontów, uczestniczą w wyborach wykonawców i odbiorach robót, itd. Jestem dumna z tej specyfiki naszej Spółdzielni, a wypracowany model oddolnego zarządzania i kontroli nadzorczej nad wyodrębnionymi ekonomicznie osiedlami, poprzez reprezentantów mieszkańców, w sposób istotny przyczynia się do poprawy warunków zamieszkiwania w naszych osiedlach. 

W Spółdzielni są osoby odpowiedzialne za obserwowanie światowych trendów w mieszkalnictwie, pasjonaci tej tematyki?

Oczywiście, obserwacje, ale też współpraca międzynarodowa są dla nas bardzo ważne (choćby z krajami ościennymi: Niemcami, Czechami czy do niedawna z Holandią). Mamy kontakty robocze również z wieloma krajowymi spółdziel-niami, ich zarządami i radami nadzorczymi – umożliwiającymi wymianę doświadczeń, adoptowanie tego co sprawdzono jako dobre, uniknięcie „wpadek”, które ktoś „zaliczył”, itp. Staramy się śledzić trendy w mieszkalnictwie światowym, czerpać natchnienia i inspiracje i umiejętnie transponować je na nasze „podwórko”. Staramy się uczestniczyć w specjalistycznych targach budownictwa, kongresach gospodarczych, być kreatywnymi gospodarczo – z myślą o rozwoju Spółdzielni. W swoim czasie tworzyliśmy własną katowicką telewizję kablową (którą później odsprzedaliśmy ze sporym dla KSM zyskiem przeznaczając dochód na potrzeby remontowe zasobów). Naprawdę staramy się dynamicznie i nowocześnie odpowiadać na problemy i wyzwania współczesności, poszukiwać niekonwencjonalnych sposobów na zwiększenie puli dostępnych środków finansowych – ciągle za małych w stosunku do rosnących potrzeb i oczekiwań społecznych i prawnych, bowiem większość posiadanych zasobów mieszkaniowych pochodzi z lat 70-tych, 80-tych ubiegłego wieku.

Jak wyglądała Pani droga życiowa od dzieciństwa do odnalezienie zawodowego spełnienia właśnie w Spółdzielni?

Wcześnie zostałam bez matki – gdyż moja mama zmarła gdy miałam niewiele ponad 7 lat. Była nas trójka – ja najstarsza. Ojcu było trudno, toteż ostatecznie wraz z obu braćmi znalazłam się na kilka lat w domu dziecka w Chorzowie. To było takie pierwsze doświadczenie uspołecznienia, bycia w większym gronie, w większej społeczności. W szkole jak pamiętam byłam zarazem „ścisłowcem” i humanistką, pisałem nawet wiersze, a jednocześnie na maturze wybrałam do egzaminu fizykę. Po szkole średniej rozpoczęłam też studia matematyczne (na Uniwersytecie Śląskim), ale wkrótce okazało się, że studia dzienne, z uwagi na obciążenia finansowe i sytuację rodzinną są nie dla mnie – musiałam podjąć pracę zarobkową. Rozpoczęłam pracę jako stażysta w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Tychach. Pracowała tam również żona ówczesnego prezesa Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej, mojego późniejszego „szefa” i wzorca – Pana Władysława Kamińskiego, którego znałam z lat szkolnych, ponieważ do liceum uczęszczałam z ich córką Bożeną. Mój życiorys i sytuacja rodzinna była im znana (P. Władysław Kamiński był w szkole Przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego). Zaproponowali mi lepiej płatną pracę w Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Przyznam szczerze, że na początku nie miałam zielonego pojęcia czym jest spółdzielczość i jaka to będzie praca, jednak, gdy już tu pracowałam, zaczęłam się interesować historią spółdzielczości i zasadami jakimi się kieruje. W miarę poznawania zasad spółdzielczych byłam coraz bardziej ciekawa, czym się kierowali i kierują ludzie, decydując się na taką formę realizacji swych celów, współdziałanie i pracę społeczną bez zysku. Interesowali mnie ludzie – jako tacy, zebrania z mieszkańcami, praca społeczno-kulturalna (w „kółkach pracy kobiet” – bo tak się to wtedy nazywało). Stawałam się entuzjastką ruchu spółdzielczego. Nie przeszkadzało mi, że początkowo jako referent pełniłam w Spółdzielni rolę „przynieś, podaj, pozamiataj”. Wkrótce postanowiłam uzupełnić posiadaną wiedzę i podjąć studia – tym razem ekonomiczne, jako łączące różne gałęzie nauki (humanistycznej i ścisłej). Jako „Skorpionka” z urodzenia byłam i jestem pracowita, toteż w poszerzeniu swej wiedzy dostrzegłam życiową szansę na poprawę osobistego statusu społecznego, tym bardziej, że nauka nie sprawiała mi nigdy problemów. Studia wieczorowe w byłej Akademii Ekonomicznej w Katowicach (dziś Uniwersytet Ekonomiczny) pozwoliły mi połączyć pracę z nauką. Jednocześnie coraz bardziej „wsiąkałam” w pracę, i z czasem Spółdzielnia, kontakt z mieszkańcami, możliwość pomagania innym stały się moją wielką prawdziwą pasją. Ta praca oraz mój (niepoprawny) mimo różnych doświadczeń optymizm życiowy nauczyły mnie, że w codziennym życiu trzeba być przede wszystkim wyrozumiałym dla innych, że nie wszyscy muszą myśleć tak samo jak ja, że ktoś inny też może mieć rację, a do swoich racji innych należy przekonywać konkretami, trzeba też stale się uczyć, weryfikować swoje poglądy, brać pod uwagę koncepcje innych. Nabyte doświadczenie zawodowe przekonało mnie również, iż czasem należy pogodzić się z tym, że nie zawsze to co się zaczęło na pewno się uda osiągnąć i ryzyko odpowiednio wkalkulować, a nadto, że nie wszyscy w otoczeniu są czy będą moimi przyjaciółmi, i że pomimo różnych uwarunkowań i niepewności efektu należy konsekwentnie, jeśli się jest przekonanym iż właśnie to będzie dobre – postępować w zgodzie z sumieniem. 

Udaje się Pani nie myśleć o pracy w czasie wolnym?

Staram się, ale tak całkiem to się nie da. Udaje się mi się tylko gdy jadę na dłuższy urlop lub wycieczkę. W normalnym codziennym trybie nawet w nocy zdarza się, że budzą mnie myśli jak można by lub trzeba rozwiązać jakiś zawodowy problem. Ale to może dlatego, że lubię tę pracę, lubię wyzwania i że generalnie lubię ludzi (nawet tych którzy być może mnie nie lubią). Poza tym uważam (o czym wspomniałam już wcześniej), że w życiu miałam i mam wiele szczęścia. Poznałam i spotkałam na swojej drodze ogromną rzeszę ludzi empatycznych, życzliwych, pracowitych i mądrych. Byli i są w moim codziennym otoczeniu – to moi partnerzy w pracy, dawni i obecni nauczyciele, współpracownicy, liczni działacze społeczni i samorządowi, urzędnicy państwowi i pracownicy wielu współpracujących z KSM-em firm i instytucji, a nade wszystko mieszkańcy naszych domów i osiedli. Nie mogę nie wskazać także na moją kochaną rodzinę i przyjaciół (także z okresu licealnego i studiów), którzy mnie zawsze wspierali w trudnych momentach. Dobrze, że byli i mam nadzieję, że długo jeszcze ze mną będą.

Wtajemniczeni wiedzą, że poza pracą ma Pani rozbudowany świat pasji i zainteresowań…

Kocham podróże, od dziecka fascynowała mnie egzotyka różnych krajów. Wówczas nieraz zastanawiałam się czy uda mi się je kiedykolwiek zobaczyć. Były to jak mniemałam nieosiągalne marzenia. Życie sprawiło mi jednak sympatyczną niespodziankę. Przez lata sporo z tych wymarzonych miejsc udało mi się odwiedzić i mam nadzieję na kontynuację wypraw w nieznane. Co przeżyję i zobaczę to moje, stąd uważam, że warto inwestować w podróże, wszak rzeczy doczesnych do grobu się nie zabierze, warto więc budować świat pięknych wspomnień. Uwielbiam też teatr, muzykę, należę do Stowarzyszenia Przyjaciół Filharmonii Śląskiej, jestem członkinią Stowarzyszenia Krystyn Polskich, organizującego od ponad 20 lat marcowe spotkania imieninowe Krystyn w różnych miejscach kraju i inne okazjonalne spotkania koleżeńskie właśnie w Teatrze Śląskim im. St. Wyspiańskiego (to zasługa wieloletniej Prezes Stowarzyszenia, Dyrektor Teatru P. Krystyny Szaraniec). Poza tym dużo czytam, bardzo różną literaturę – od klasyki po sensację i kryminały brytyjskie i amerykańskie i inne, bo uważam że nie ma złej literatury. Już w liceum uwielbiałam Fredrę, fraszkopisarzy, Mariana Załuckiego, Tadeusza Boya – Żeleńskiego… Wiele fraszek znam na pamięć i czasem zdarza mi się je zaprezentować także publicznie, sama czasem również układam rymowanki, np. z życzeniami. Literatura, muzyka i teatr to piękne zjawiska, pozwalają przez kilka godzin być jak gdyby gdzie indziej, oderwać się od codzienności, tak w pełni się wyciszyć, oczyścić z emocji.

Gdy rozmawialiśmy przed nagraniem wywiadu wspominała Pani, że nie spodziewała się nigdy, już nawet pracując w Spółdzielni, że ta zawodowa droga tak się rozwinie…

Moja kariera dla mnie samej jest zaskoczeniem. Nie zabiegałam o stanowiska i awanse. Po prostu pracowałam – najlepiej jak potrafiłam. A teraz – siedzę przy biurku mojego wspaniałego poprzednika, Pana Władysława Kamińskiego, robię to co lubię, czuję się spełniona. Może po prostu jest tak, że niektórzy chcą być prezesami, a dla mnie ważniejszym było bycie społecznikiem, kontakt z ludźmi, których in gremio szczerze lubię, mimo że jako zodiakalny Skorpion bywam cholerykiem. Paradoksalnie 30 marca 1990 roku, gdy w okresie burzliwych ustrojowych przemian wybierano nowe władze Spółdzielni, gdyż poprzednie mandaty były wygaszane na mocy tzw. spec-ustawy, nie myślałam o stanowisku Prezesa, a z pewnością nie w Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej, jednak podczas posiedzenia nowo wybranej Rady Nadzorczej zostałam zgłoszona, jak się okazało z inicjatywy kilku członków, i w głosowaniu tajnym uzyskałam w stosunku do „konkurencyjnego” zgłoszenia – wynik 15 do 7. O wyborze dowiedziałam się dwa dni później. Miałam to szczęście, że byłam jednym z najmłodszych członków zarządu spółdzielni w Polsce, do tego nie była to częsta funkcja w przypadku kobiety, a jednak nigdy nikt w mojej pracy nie dał mi odczuć, że mój wiek czy płeć to jakiś problem. Do objęcia funkcji Prezesa skłonił mnie wówczas przede wszystkim mój (zmarły w kilka lat później) – mąż Józef. W życiu rzeczywiście oprócz wiedzy i pracowitości trzeba chyba mieć także szczęście, i z tej perspektywy czuję się dzieckiem szczęścia (a podobno urodziłam się też „w czepku”). Zatem pozdrawiam, korzystając ze sposobności, czytelników tego wywiadu, jak i wszystkich których spotkałam na swojej drodze życiowej – tak zawodowej, jak i prywatnej. I powiem tylko, jak mogę najpiękniej „dziękuję, że byliście i że jesteście” – i oby jak najdłużej dane nam było się gdzieś tam spotykać na szlakach życia. Mam nadzieję, że KSM jej rozwój i misja realizowana w mieście Katowice też dowodzi, iż jest to organizacja naznaczona szczęściem – bo zapewnia przecież to co znamionuje szczęście – dach nad głową – podstawę bytu niemałej rzeszy Katowiczan. Ten wywiad, też jest wynikiem szczęśliwego zbiegu okoliczności – bo nie był przeze mnie zainicjowany – dziękuję więc pomysłodawcom, a Państwu – czytelnikom dziękuję za poświęcony mojej osobie i „mojej” Spółdzielni (z którą jako członek i wieloletni pracownik się utożsamiam) – czas.